23. Mama i choroba Alzheimera

Kilka miesięcy po zakończeniu „walki” o mieszkanie i podpisaniu aktu notarialnego nadeszło nowe, bardzo trudne i bolesne doświadczenie – w 2009 roku zdiagnozowano u mojej mamy chorobę Alzheimera. Choroba przyszła nagle i niespodziewanie. Nieoczekiwanie pojawiły się bardzo zaskakujące symptomy i nastąpiło błyskawiczne pogorszenie stanu zdrowia mamy. Można powiedzieć, że choroba spadła jak grom z jasnego nieba!

Przed chorobą…

Moja mama była niezwykłą i samodzielną kobietą. Wychowała mnie sama i całe życie musiała bardzo ciężko pracować, żeby zarobić na nasze utrzymanie. Pomimo wielorakich obowiązków posiadała różnorodne zainteresowania. Była bardzo inteligentną osobą. Interesowała się historią, geografią, podróżami, archeologią, muzyką, filmem, literaturą i sportem (szczególnie pasjonowały ją skoki narciarskie i jazda figurowa na lodzie). Kupowała dużo książek i w ten sposób powstała dość duża biblioteka w naszym rodzinnym domu. Mama lubiła nawiązywać przyjaźnie i znajomości i dlatego wszędzie w okolicy miała wielu przyjaciół i znajomych. Chętnie dyskutowała na różne tematy, a ludzie lubili z nią rozmawiać, ponieważ zawsze miała dla nich czas, żeby wysłuchać ich problemów, porozmawiać na interesujące tematy lub po prostu tylko pogawędzić. Była przyjazna wobec wszystkich ludzi niezależnie od ich poglądów, punktów widzenia, religii, nałogów, złych nawyków itd. W każdym człowieku starała się dostrzec dobro. Była osobą bardzo wierzącą, bardzo dużo modliła się i żyła według Ewangelii. Ale to nie przeszkadzało jej, żeby rozmawiać z ateistami, agnostykami lub ludźmi, którzy należą do niechrześcijańskich kościołów. Szanowała poglądy innych ludzi, chociaż stała mocno przy swoim zdaniu.

Moja mama była moją najlepszą przyjaciółką. Mogłam powierzyć jej wszystko, co leżało mi na sercu. Wiedziałam, że zawsze mogę opowiedzieć jej o moich zmartwieniach i problemach. Pocieszała mnie wtedy i  próbowała znaleźć najlepsze rozwiązanie. Ale była również bardzo wymagająca i jestem jej za to bardzo wdzięczna. Z jednej strony rozpieszczała mnie, ale z drugiej strony była wobec mnie także surowa. Bardzo dużo wymagała od siebie, ale również i mi stawiała wysokie wymagania. Zawsze mówiła, że to, co najlepsze i najbardziej wartościowe osiąga się tylko ciężką pracą, wysiłkiem i wytrwałością.

Mama uczyła mnie, jak powinnam radzić sobie z trudnościami i pokonywać różne przeciwności. Pokazała mi, że człowiek nigdy nie powinien poddawać się, kiedy życie staje się trudne. Nauczyła mnie, że nie ma dla nas rzeczy niemożliwych, jeśli mamy bliską i ścisłą społeczność z Bogiem. Jestem jej bardzo wdzięczna za wszystko, co dla mnie zrobiła. Po tym, jak opuściłam mój dom rodzinny i przeniosłam się do stolicy, codziennie byłyśmy w kontakcie telefonicznym i mogłyśmy godzinami rozmawiać przez telefon. W 2004 roku mama zamieszkała ze mną w Warszawie.

Tak, moja mama była niezwykłą kobietą. I taką chciałabym zachować ją na zawsze w mojej pamięci i moich wspomnieniach.

Gdy przyszła ta straszna choroba…

Kiedy u mamy pojawiły się pierwsze objawy choroby, myślałam najpierw, że to zwykłe problemy z pamięcią, które występują u wielu ludzi. Bowiem „na zewnątrz” wydawało się, że z moją mamą jest wszystko w porządku i nie ma powodów do niepokoju.

Jednak z biegiem czasu zauważyłam, że dzieje się coś dziwnego. Mama zaczęła mieć problemy z orientacją i nie była w stanie prawidłowo rozpoznać okolicy, w której mieszkamy. Wydawało się jej, że jest w innej miejscowości. Nie mogła też odnaleźć drogi do domu ze sklepu czy z kościoła. Coraz częściej zdarzało się, że mama nie wyrażała się jasno i zrozumiale. Poza tym opowiadała historie, które nigdy się nie wydarzyły. Była mocno przekonana, że oprócz nas, jeszcze ktoś przebywa w naszym mieszkaniu. Bardzo często mówiła, że w szybach okiennych widzi naszych krewnych, znajomych oraz różne nieznane osoby. Podchodziła wówczas do okna i niemal bez przerwy rozmawiała z owymi postaciami.

Jak tylko zauważyłam dziwne zachowanie mamy, zaczęłam szukać pomocy u lekarzy- specjalistów. Lekarz-neurolog skierował mamę do szpitala, gdzie poddano ją specjalistycznym badaniom i postawiono diagnozę – choroba Alzheimera.

Od tej pory pojawiały się systematycznie coraz to nowe objawy tej strasznej choroby. Można rzec, że choroba rozwijała się błyskawicznie. Już wkrótce mama przestała orientować się, jak obsługuje się różne urządzenia domowe (np. radio, telefon), jak włącza się i wyłącza światło itd. Przestała też mnie rozpoznawać. Myślała, że jestem jej przyjaciółką z młodości i ciągle mnie pytała, gdzie jest jej córka.

W tym czasie najważniejszą sprawą dla mamy stał się powrót do domu rodzinnego. To pragnienie było niewiarygodnie silne. Bardzo często powtarzała: „Idę do domu!“ albo „Kiedy idziemy do domu?“. Od czasu do czasu próbowała wyjść z naszego mieszkania i na własną rękę dostać się do domu rodzinnego, oddalonego około 200 kilometrów od stolicy.

Z biegiem czasem nie mogłam już rozmawiać z mamą w normalny sposób. Z każdym dniem i tygodniem coraz bardziej stawała się jak małe i bezradne dziecko, które nie jest w stanie wypowiadać prawidłowo swoich myśli, normalnie prowadzić rozmowę, samodzielnie wykonywać codzienne czynności, prawidłowo rozumieć i pojmować świat.

Kiedy minął rok od postawienia diagnozy, mama żyła już w zupełnie innym „świecie”, w którym prowadziła swoje własne życie. W owym świecie miała swoich przyjaciół i znajomych. „Tam” przeżywała różne wydarzenia, o których ja nie miałam pojęcia. To był jej własny świat, do którego ja nie miałam dostępu.

Bardzo szybko doszło do tego, że mama zaczęła potrzebować stałej opieki (24 godziny na dobę) i nie mogłam zostawiać jej samej w domu. Niestety, nie miałam nikogo, kto mógłby pomóc mi w obowiązkach. Niektórzy znajomi radzili mi więc, abym oddała mamę do domu opieki lub do hospicjum, bo –jak twierdzili- nie wytrzymam psychicznie zbyt długo. Ale ja nie brałam tego rozwiązania pod uwagę. Postanowiłam, że będę sama opiekować się mamą.

Próba miłości i wiary

Choroba mamy była dla mnie strasznym zaskoczeniem. Na początku nie chciałam wierzyć, że mama jest aż tak ciężko chora. Było mi bardzo trudno przyjąć tę prawdę, że nie nastąpi żadna poprawa i mama już nigdy nie wróci do zdrowia. Nie mogłam zaakceptować tego, że stan mojej mamy będzie stale się pogarszał i to aż do śmierci.

Nie potrafiłam odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Rzeczą niemożliwą dla mnie było wówczas pogodzić się z losem i przyjąć nowe, jakże trudne doświadczenie życiowe. Dlatego często wpadałam w zły nastrój, pojawiła się głęboka frustracja, stałam się bardzo niespokojna i nie byłam w stanie się opanować. Coraz bardziej pogłębiał się niepokój i strach. Bałam się przyszłości. Z biegiem czasu moje negatywne emocje powiększały się. Nie byłam w stanie poradzić sobie z nowymi obowiązkami. Świadomość mojej własnej słabości i bezradności stała się przyczyną ogromnego bólu i zniechęcenia. Czasem miałam po prostu ochotę, aby zostawić wszystko i uciec na koniec świata.

Pewnego dnia zrozumiałam, że nie mogę już dłużej żyć w taki sposób. Brakowało mi nie tylko cierpliwości i wytrwałości, ale przede wszystkim miłości do mojej chorej mamy. Wszystkie trudne sytuacje, które miały miejsce w tym czasie, pokazały mi nie tylko moją słabość, ale przede wszystkim uświadomiły mi, że muszę zmienić moją postawę. Zdałam sobie sprawę z tego, że wciąż potrzebuję nawrócenia.

To była również próba mojej wiary. Nie mogłam zrozumieć, że Bóg znowu dopuścił do nas nowe, trudne doświadczenie życiowe. Często pytałam bezradnie Boga: „Dlaczego…?“ Jednocześnie wciąż miałam nadzieję, że mama wróci do zdrowia. Poprosiłam o modlitwę wstawienniczą w intencji mamy wiele osób z kościoła, szczególnie z grupy modlitewnej Odnowy w Duchu Świętym. Ale mimo modlitwy Pan Bóg milczał. Z biegiem czasu stało się dla mnie jasne, że Jezus Chrystus nie uzdrowi mojej mamy. Mijały miesiące i jej stan zdrowia gwałtownie się pogarszał. Wtedy zaczęłam pytać Boga: „Czego oczekujesz ode mnie?“ Za każdym razem, kiedy pytałam Go w ten sposób, „słyszałam“ odpowiedź w moim sercu i w moim sumieniu. Czułam bowiem „wewnętrznie”, że powinnam zaakceptować tę straszną chorobę oraz dobrze opiekować się mamą. Czułam, że taka jest wola Boża w moim życiu na najbliższy czas.

Pomoc w Bożym Miłosierdziu

W tym czasie sporo czytałam o Miłosierdziu Bożym. Koronka do Bożego Miłosierdzia była już od dłuższego czasu moją ulubioną modlitwą. Postanowiłam prosić Jezusa Miłosiernego o cierpliwość i wytrwałość, a przede wszystkim o prawdziwą miłość do mojej chorej mamy. Prosiłam Go, aby pomógł mi zmienić moje nastawienie wobec choroby i dobrze opiekować się mamą. Dlatego każdego dnia postanowiłam odmawiać Koronkę do Bożego Miłosierdzia w tej intencji.

Pan Bóg bardzo szybko odpowiedział na moje prośby. Zaraz po pierwszych modlitwach zauważyłam, że stałam się bardziej cierpliwa i miałam więcej zrozumienia dla mamy i jej choroby. Znowu byłam pełna optymizmu i wewnętrznego spokoju. Pan Bóg pomógł mi zgodzić się z Jego wolą, przyjąć mój codzienny krzyż i z miłością troszczyć się o mamę. On sprawił, że byłam w stanie zaakceptować moją trudną sytuację i mogłam wypełniać codzienne obowiązki. Wróciła mi pogoda ducha i przestałam troszczyć się o moją przyszłość, którą zawierzyłam Bogu. W ten sposób było mi łatwiej żyć.

Ale kiedy zaniedbywałam modlitwę lub modliłam się zbyt mało, wówczas znowu wracały złe emocje i zniechęcenie. I znowu nie byłam w stanie zmierzyć się z obowiązkami i chorobą mamy. To uświadomiło mi, że nieustannie potrzebuję pomocy i wsparcia ze strony Boga, bo sama sobie nie poradzę. Był to dla mnie czas wielkiej walki duchowej.

Sens cierpienia

Na początku choroby bardzo często stawiałam sobie i Bogu pytanie: „Dlaczego cierpi moja mama? Dlaczego cierpię ja?” Z biegiem czasu mogłam stopniowo zrozumieć sens mojego cierpienia, a także pojąć, dlaczego cierpi mama. Zdałam sobie sprawę z tego, że choroba mamy to wielka łaska Boża, za którą powinnam być wdzięczna Panu Bogu. Odkryłam bowiem, że choroba mamy jest Bożym wezwaniem do miłości. Zrozumiałam, że Bóg wzywa mnie, abym bardziej zbliżyła się do Niego i jeszcze bardziej Go kochała. Uświadomiłam sobie, że Bóg chce, abym Go kochała w mojej chorej mamie i służyła jej z miłością.

Odkryłam, że cierpienie ma uzdrawiającą moc, która uwalnia mnie od egoizmu, miłości własnej, pychy i innych negatywnych cech, które dotąd niszczyły mnie wewnętrznie i miały zły wpływ na moje życie. Doszłam do wniosku, że cierpienie jest bramą, która otwiera mi drogę do głębokiej przyjaźni i bliskości z Bogiem. Dlatego mój codzienny krzyż stał się dla mnie słodki, kiedy pojęłam, że – podobnie jak krzyż Chrystusa- oznacza drogę do raju.

Każdego dnia prosiłam Jezusa na nowo, aby mnie umacniał, a On wysłuchiwał moich próśb i pomagał mi. Chrystus przemieniał mnie wewnętrznie. Zabierał niepokój, niecierpliwość, złe emocje i „wlewał” we mnie pokój i radość. Obdarowywał mnie wewnętrzną siłą i cierpliwością. Pomagał mi lepiej rozumieć moją chorą mamę i zaakceptować jej chorobę. Jezus przemieniał moje myśli i nawracał moje serce. Każdego dnia czułam, jak umiera we mnie to, co „stare” i rodzi się nowe życie!