43. Pociąg

W 1996 roku przeprowadziłam się do Warszawy, ale bardzo tęskniłam za mamą i domem. Dlatego w każdy piątek jeździłam na weekend do rodzinnej wioski. Zawsze było tak, że bezpośrednio po skończeniu pracy jechałam na dworzec centralny, skąd przed godziną 17.00 miałam pociąg do Lublina. Godzina odjazdu była bardzo dogodna, gdyż zaraz po przyjeździe do Lublina mogłam zdążyć na ostatni autobus do domu.

Pewnego piątku, kiedy jechałam na dworzec, były bardzo duże korki na ulicach Warszawy. Wszystko wskazywało na to, że spóźnię się na pociąg. Modliłam się i prosiłam Boga o pomoc.

Kiedy dotarłam do dworca, zbliżała się już godzina odjazdu mojego pociągu. Tak szybko, jak tylko mogłam, starałam się przedrzeć przez tłum podróżnych. Niestety, zjeżdżając na peron ruchomymi schodami zobaczyłam, że mój pociąg rusza z toru. Kiedy już znalazłam się na peronie, stanęłam bezradnie obok odjeżdżającego pociągu nie wiedząc, co mam ze sobą zrobić. Nagle -ku mojemu zaskoczeniu- pociąg zatrzymał się! Wtedy – ku jeszcze większemu zaskoczeniu- zobaczyłam tuż przed sobą drzwi wagonu. Podeszłam do nich i wtedy jakiś mężczyzna otworzył drzwi od środka, wyciągnął do mnie rękę i pomógł mi szybko wejść do pociągu! Zaraz potem pociąg znowu ruszył! Dzięki temu dotarłam na czas do Lublina i zdążyłam na ostatni autobus do mojej wioski.