12. Walka z lękami i wizyty u egzorcysty

Nikt TEGO nie pojmie, jeśli przedtem
sam TEGO osobiście nie doświadczył.

W grudniu 1996r przeprowadziłam się do Warszawy, a już kilka miesięcy po przyjeździe zaczęłam cierpieć na różnego rodzaju lęki, które nigdy przedtem u mnie nie występowały. Stany lękowe pogłębiły się i przekształciły w lęki traumatyczne w okresie zatrudnienia w banku, gdzie doświadczałam działań mobbingowych. Z biegiem czasu ogarniała mnie coraz większa obsesja lękowa, aż w końcu doszło do tego, że codziennie miałam nieustanne ataki lęków. Bałam się dosłownie wszystkiego, nawet wykonywania zwykłych, codziennych czynności. Było to dla mnie bardzo uciążliwe, ponieważ nie mogłam normalnie funkcjonować. Każdego dnia musiałam pokonywać własną słabość, aby przezwyciężyć strach i wykonywać moje  najzwyklejsze obowiązki. Wiązało to się z ogromną walką wewnętrzną, która kosztowała mnie wiele wysiłku i zdrowia. Nieustanne zmaganie się z atakami lęków zupełnie wyczerpało mnie fizycznie.

Kulminacja stanów lękowych nastąpiła w latach 1999-2002. W tym czasie ciągle towarzyszyło mi COŚ, co chyba najtrafniej określę jako ogromny i silny przypływ fali strachu. COŚ napawało mnie lękiem i paraliżowało. COŚ to była niewidzialna siła, która stawała mi na drodze i nie pozwala iść do przodu. COŚ pojawiało się w chwili wychodzenia z mieszkania i nie opuszczało mnie do czasu mojego powrotu do domu. Tak, jakby jakaś niewidzialna przeszkoda stała przede mną i zagradzała mi drogę. Można to porównać do niewidzialnej „ściany”, która znajdowała się tuż przed moimi stopami i nie pozwalała iść naprzód.

Działo się tak każdego dnia, gdziekolwiek szłam. W czasie całej drogi zawsze nieustannie i gorąco modliłam się. Wzywałam Chrystusa i Maryję oraz błagałam o pomoc świętych i aniołów. Modlitwy sprawiały, że COŚ jakby nieco cofało się, niewidzialna „ściana” troszkę ustępowała, a ja wtedy mogłam zrobić kilka kroków do przodu. Ale po kilku krokach sytuacja się powtarzała. Musiałam znowu się zatrzymać, stałam nieruchomo jakbym wrosła w ziemię, nie mogąc ruszyć dalej. Potem – dzięki ponownej gorliwej modlitwie do Jezusa, Maryi, świętych i aniołów – mogłam znowu pokonać jakiś bardzo krótki odcinek. Zauważyłam, że na wypowiadane przeze mnie półgłosem imiona „Jezus” i „Maryja” zło cofa się przede mną, a ja mogę postąpić nieco naprzód. W taki oto sposób nieustannie zmagałam się z COŚ, zanim dotarłam do mojego celu.

W drodze często powtarzałam również fragmenty Pisma Świętego, ponieważ przekonałam się, że Słowo Boże ma moc uzdrowienia i uwolnienia z lęków. W czasie moich chorób miałam zwyczaj noszenia ze sobą fragmentów psalmów. Kiedy czułam niepokój lub przychodził nieoczekiwanie lęk, wyjmowałam psalm i czytałam go kilkakrotnie. Półgłosem powtarzałam te wersety, które w szczególny sposób do mnie przemawiały. Czyniłam to tak długo, aż odczułam w sercu pokój i ulgę.

Wysławiam Ciebie, Panie, boś mnie wybawił
I nie uradowałeś mych wrogów z mojego powodu.
Panie, mój Boże, do Ciebie wołałem, a Tyś mnie uzdrowił.
Panie, dobyłeś mnie z Szeolu,
Przywróciłeś mnie do życia spośród schodzących do grobu.
Śpiewajcie Panu psalm wy, co Go miłujecie,
Wychwalajcie pamiątkę jego świętości! (Psalm 30, 1-5)

W Tobie Panie szukałem schronienia,
Obym nigdy nie doznał wstydu!
Przez sprawiedliwość swoją wybaw mnie!
Nakłoń ku mnie ucho swoje,
Śpiesznie ocal mnie!
Bądź mi skałą obronną, grodem warownym, by mnie wybawić!
Boś Ty skałą moją i twierdzą moją,,
Przez wzgląd na imię Twoje będziesz mnie prowadził i wiódł!
Wyciągnij mnie z sieci, którą zastawili na mnie,
Boś Ty schronieniem moim.
W Twoje ręce polecam ducha mego,
Odkupiłeś mnie Boże wierny! (Psalm 31, 1-6)

W szczególny sposób COŚ dało mi się we znaki, kiedy uczestniczyłam w Rekolekcjach Odnowy w Duchu Świętym (REO). Rekolekcje odbywały się w kościele św. Zygmunta na Bielanach. Dojazd był bardzo dogodny, ponieważ naprzeciwko mojego bloku znajduje się przystanek autobusowy, skąd odjeżdża bezpośredni autobus na Bielany. Wystarczy tylko wyjść z bloku i przejść przez ulicę. Cała droga na przystanek zajmuje zdrowemu człowiekowi 3-4 minuty. Jeśli chodzi o mnie, musiałam wychodzić około 30-40 minut przed odjazdem autobusu. Tyle bowiem czasu zajmowało mi pokonanie tegoż krótkiego odcinka. Kiedy udało mi się dotrzeć na przystanek czułam, że COŚ i jego siła zmniejszała się. Kiedy byłam już w autobusie, a potem szłam do kościoła św. Zygmunta siła oddziaływania COŚ coraz bardziej zanikała. Gdy opowiedziałam o tym osobom z Odnowy w Duchu Świętym, usłyszałam, że Zło nie daje mi dotrzeć na REO, ponieważ prawdopodobnie „będą wielkie owoce” tych rekolekcji. Modlono się więc nade mną, aby ataki złego ustały. Zazwyczaj w drodze powrotnej z REO do domu nie miałam już problemów opisanych powyżej. Jednakże za każdym razem, kiedy udawałam się na REO sytuacja powtarzała się i COŚ znowu mnie atakowało. Podobnie było kiedy udawałam się na cotygodniowe spotkania modlitewne grupy Odnowy w Duchu Świętym w moim kościele parafialnym p.w. Św. Faustyny lub w sąsiedniej parafii św. Marii Magdaleny na Bródnie.

***

Na przełomie lat 2001 i 2002 doszło do największego nasilenia lęków. To, co się wówczas działo, należało do moich najcięższych doświadczeń w całym okresie utrzymywania się dolegliwości lękowych. Mogę to nazwać prawdziwym udręczeniem. Poniżej jedna z wielu historii, które wówczas miały miejsce:

Pewnego zimowego dnia pojechałam w sprawach zawodowych do jednej z podmiejskich dzielnic Warszawy. Miałam już zamiar wracać do domu i właśnie szłam w kierunku przystanku autobusowego. W pewnej chwili nieoczekiwanie poczułam COŚ czyli –jak już wcześniej wyjaśniłam- ogromny i silny przypływ fali strachu. To był wielokrotnie potężniejszy lęk i strach niż kiedykolwiek do tej pory. To COŚ przyszło nagle i było całkowicie niezależne ode mnie. Czułam jakbym otarła się o samo ZŁO. Do mojej głowy wciskały się straszne myśli mówiące, że oto już koniec ze mną.

Byłam przerażona. Ostatkiem sił próbowałam utrzymać się na chwiejących nogach. Ogarniał mnie coraz większy strach, który paraliżował wszelkie moje ruchy. Starałam się iść dalej, ale co parę kroków zatrzymywałam się i nieruchomo stałam w jednym miejscu, jakbym wrosła w ziemię, nie mogąc się poruszyć w żadną stronę. Próbowałam przytrzymywać się czegokolwiek, żeby nie upaść – płotu, ogrodzenia, słupa. Prawie cała trzęsłam się i ledwo mogłam utrzymać się na drżących nogach. Robiłam wszystko, aby nie wpaść w panikę. Najtrudniejsze do zniesienia i przezwyciężenia były natrętne myśli w rodzaju: „-Jesteś sama i nikt ci nie pomoże!”

Jakby tego wszystkiego było mało, przejeżdżający ulicą samochód, ni stąd ni zowąd, wpadł w poślizg i wjechał na chodnik, zatrzymując się dosłownie tuż przede mną. Niewiele brakowało, a wjechałby wprost na mnie. Dodatkowy stres przyczynił się jeszcze bardziej do spotęgowania lęku i wytracił mnie zupełnie z równowagi.

Musiałam walczyć sama ze sobą, aby nie poddać się zwodniczym myślom i nie pozwolić, aby całkowicie opanowało mnie przerażenie i zwątpienie. Wydawało mi się bowiem, że lęk i strach ogarniają każdy zakamarek mojego „ja”. Byłam bardzo wyczerpana, a lęk wydawał się być zwycięzcą. Nie mogłam skupić się na modlitwie, aby wołać do Pana Boga o pomoc. Przez ten krótki czas, który wydawał mi się wiecznością czułam całkowitą bezradność i trwogę. Nie wiedziałam, co mam robić. Było już ciemno, ulica wyludniona i nie nadchodził nikt, kto mógłby mi pomóc w dotarciu do przystanku. Wciąż tkwiłam w tym samym miejscu, trzymając się przydrożnego słupa. Wydawało mi się, jakby całe zło sprzysięgło się przeciwko mnie każąc, postrzegać sytuację, w której się znalazłam jako całkowicie beznadziejną i bez wyjścia. I wtedy pomyślałam:

– Tak, jestem wprawdzie słaba, bezradna i przerażona, ale imię Jezusa Chrystusa jest dla mnie ratunkiem! Maryja jest mi pomocą!

Przypomniałam sobie również w tym momencie fragment książki pt.: „Jezus żyje”, w której ojciec Emilien Tardiff pisze, że w sytuacjach zagrożenia lub potrzeby możemy wzywać na pomoc krew i rany Jezusa Chrystusa. Nie zastanawiając się długo, zaczęłam -z siłą, na jaką tylko było mnie stać- wołać w duchu na pomoc Jezusa i Maryję, aby wybawili mnie ode złego. Po kilku minutach gorącej modlitwy ruszyłam z miejsca. Szczęśliwie udało mi się przejść ulicę i dotrzeć na przystanek. Usiadłam i jeszcze kilka razy powtórzyłam dobitnie słowa modlitwy o pomoc. Poczułam się silniejsza.

Kiedy przyjechał autobus, bez większego trudu wsiadłam do środka. Nieustannie modląc się, dotarłam do centrum miasta i tam wysiadłam. Zaraz po wyjściu z autobusu odczułam wielką słabość fizyczną w nogach i całym ciele. Usiadłam na przystanku. Prawie natychmiast zaczęłam odczuwać drgawki i drżenie, które się potęgowało. Nie wiedziałam, czy to z zimna czy z nerwów. Cała trzęsłam się i nie mogłam ustać na nogach. Jednak, kiedy nadjechał autobus, wsiadłam również i tym razem bez większego problemu.

Spokojnie dojechałam do mojej dzielnicy. Po wyjściu z autobusu, samodzielnie dotarłam do przejścia dla pieszych i w tym momencie znowu z lękiem uczepiłam się słupa ponownie „wrastając” w ziemię. COŚ wróciło. Poprosiłam więc Pana Boga, aby dał mi osobę, która pomoże mi przejść przez ulicę.

Przez kilka minut, które wydawały mi się nieskończonością, nikt nie nadchodził, a ja w tym czasie czułam, że jeszcze chwila, a moje nogi nie wytrzymają napięcia i runę na ziemię. Ale potem ku mojej wielkiej uciesze nadeszła osoba, która mieszka w tym samym bloku co ja, i to nawet w tej samej klatce. Sąsiadka chętnie pomogła i w ten sposób dotarłam pod drzwi mojego mieszkania.

Niestety, w ciągu następnych dni lęk wracał wielokrotnie i znowu dręczył mnie niemiłosiernie. Szukałam wyjścia z sytuacji i w końcu postanowiłam ponownie skontaktować się z księdzem Teofilem Hermanem. Ksiądz zaproponował, abym przyjechała do Kaplicy Cudownego Medalika na ul. Radnej zaraz nazajutrz rano. Przy tym pocieszał mnie, że wszystko będzie dobrze i aby być dobrej myśli.

Kiedy spotkałam się z księdzem Teofilem, najpierw opowiedziałam mu wszystko o moim zniewoleniu, o charakterze lęków i niepokojów, a potem poszliśmy do kaplicy. Ksiądz modlił się za mnie, a następnie udzielił mi sakramentu namaszczenia chorych.

Po kilku dniach nastąpiła odczuwalna ulga, minęły lęki i trwoga, moje nogi odzyskały siłę i lekkość oraz poczułam wielką radość. Jednak na tym nie zakończyła się walka z lękami.

***

Po kilku miesiącach, kiedy wydawało się, że lęki całkowicie mnie opuściły, niespodziewanie nadeszła ich nowa fala. Również i tym razem było mi bardzo trudno normalnie żyć i pracować. Niemal codziennie musiałam zmagać się sama ze sobą i własną słabością, aby pokonywać strach i wykonywać zwykłe obowiązki. Dużo się modliłam i prosiłam Pana Boga, aby oddalił ode mnie lęki, które powróciły. Jednak zauważyłam, że moja własna modlitwa w tej intencji nie przynosi trwałych owoców.

Wówczas postanowiłam pójść do egzorcysty. Zadzwoniłam do Katolickiej Przychodni przy ul. Bednarskiej w Warszawie i zapisałam się na wizytę do księdza A., związanego z Ruchem Odnowy w Duchu Świętym. Zgodnie z przyjętą w przychodni procedurą spotkanie z księdzem zostało poprzedzone wywiadem z psychologiem. Rozmowę przeszłam pomyślnie. Psycholog nie stwierdził u mnie żadnych zaburzeń wskazujących na chorobę psychiczną, która wymagałaby interwencji psychologa lub psychiatry.

W wyznaczonym dniu odbyłam rozmowę z księdzem A. o historii i charakterze moich dolegliwości. Egzorcysta pytał mnie m.in. o to, czy w przeszłości miałam jakieś kontakty z okultyzmem, magią itd. Wtedy przypomniałam sobie, że kiedy byłam uczennicą szkoły średniej, „bawiłam się” z koleżankami w wywoływanie duchów i wróżenie z kart, chętnie czytałam horoskopy, zaś w czasie studiów udałam się do pewnego Hindusa, aby wywróżył mi przyszłość. Powiedziałam również księdzu egzorcyście o kobiecie, u której do 2001 roku wynajmowałam pokój. Owa osoba interesowała parapsychologią, bioenergioterapią, białą magią, ezoteryką, wróżbiarstwem, amuletami itp. Korzystała z „pomocy” przeróżnych uzdrowicieli i bioenergoterapeutów, m.in. różdżkarza, który odprawił w jej mieszkaniu „seans”. Poza tym na ścianach jej mieszkania wisiały różne dziwne obrazy z wizerunkami przypominającymi pogańskie bóstwa, a w rogach pokoju stały rzeźby afrykańskie.

Kiedy o tym opowiedziałam, ksiądz egzorcysta stwierdził, że przebywanie w domach i mieszkaniach obciążonych okultystycznie ma negatywny wpływ na funkcjonowanie człowieka i może prowadzić m.in. do powstania i rozwoju lęków. Poza tym niebezpieczne jest zajmowanie się wróżbiarstwem, wywoływanie duchów, gdyż to otwiera człowieka na działanie złego ducha.

Modlitwa z egzorcyzmem odbyła się po mniej więcej miesiącu w kościele Św. Barbary. W dniu modlitwy prosiłam Maryję Niepokalaną o pomoc i wstawiennictwo. Już w trakcie trwania egzorcyzmu odczułam pokój i ulgę, poczucie bezpieczeństwa i radość w sercu. Kiedy wyszłam z kościoła, byłam bardzo szczęśliwa. Bez lęku szłam i w duszy śpiewałam Panu Bogu pieśń dziękczynienia oraz dziękowałam Matce Bożej za wstawiennictwo.

Tak oto już kolejny raz Pan Bóg usunął strach, który mnie dręczył. Odtąd mogłam w spokoju pracować i cieszyć się życiem. Jednak wkrótce okazało się, że była to ulga tymczasowa.

***

Kilka miesięcy po modlitwie egzorcyzmu nastąpił kolejny, tym razem jeszcze silniejszy atak. Wracałam z psem ze spaceru i byłam już na terenie osiedla, mniej więcej około 30 metrów od klatki schodowej. Podobnie, jak kilka miesięcy wcześniej, w pewnym momencie poczułam COŚ, co nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Można TO jedynie porównać do nadpływającej niewidzialnej fali niosącej wyłącznie strach i lęk. Zwielokrotniony lęk uderzający z jeszcze większą siłą niż dotąd. TO COŚ było znacznie mocniejsze i silniejsze ode mnie. Nikt TEGO nie pojmie, jeśli przedtem sam osobiście TEGO nie doświadczył. Czułam jakbym znalazła się w samym środku Zła. W jednej chwili opuściły mnie wszelkie siły. Musiałam zatrzymać się i stałam tak przez dłuższą chwilę nie mogąc się poruszyć. Nogi „wrosły” mi w ziemię. Jednocześnie całe ciało sztywniało, serce waliło jak młot, z trudem trzymałam się na drżących nogach. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Po jakimś czasie ruszyłam z miejsca starając się jak najszybciej znaleźć przy drzwiach wejściowych. Kiedy znalazłam się w mieszkaniu, byłam roztrzęsiona i cała drżałam. Mój stan z pogarszał się z godziny na godzinę. Stopniowo coraz bardziej ograniczałam wyjścia z mieszkania. W końcu to, co byłam jedynie w stanie zrobić, to wyjść z psem poza bramę osiedla.

Poprosiłam o modlitwę wstawienniczą osoby ze wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym oraz ponownie umówiłam się na rozmowę i modlitwę z kapłanem egzorcystą. W ten sposób doszło do kolejnego spotkania z księdzem A. Modlitwa miała miejsce w tym samym miejscu, co poprzednio czyli w kościele Św. Barbary. Ponieważ zwróciłam się o pomoc z tym samym problemem jak kilka miesięcy wcześniej, więc modlitwa rozpoczęła się od rozeznania i próby odpowiedzi na pytanie: Dlaczego poprzednia modlitwa nie była skuteczna? Dlaczego –pomimo modlitwy egzorcyzmu- lęki wracają i atakują ze zwiększoną siłą? Gdzie tkwi przyczyna i bariera w uzdrowieniu?

Kapłan i grupka osób rozeznających skupiła się na modlitwie, a po chwili Pan Bóg przyszedł ze słowem poznania. Słowa, które usłyszałam były prawdą o mnie i mojej postawie: źródło mojego dotychczasowego utrapienia tkwiło we mnie samej. W trakcie poprzedniej modlitwy, która miała miejsce w styczniu moje serce nie było całkowicie oddane Jezusowi. Mój stan został porównany do balansowania po linie pomiędzy dobrem a złem.

Tak, to była szczera prawda. Z jednej strony pragnęłam, aby Pan Jezus był w moim życiu. Zaś z drugiej bałam się całkowicie powierzyć Mu siebie i moje życie. Obawiałam się tego, co zechce ze mną uczynić i do czego mnie powoła. Brak całkowitego zaufania i oddania Panu Bogu, niestałość i chwiejność mojego serca to były furtki, przez które zło miało bardzo łatwy dostęp, aby mi szkodzić.

Kapłan ponownie odmówił nade mną modlitwę egzorcyzmu prosząc Boga, aby oddalił ode mnie wszelkie zło i jego ataki. W trakcie modlitwy zawierzyłam Jezusowi całkowicie siebie i swoje życie, przepraszając Go za dotychczasową nieufność, którą Go tak bardzo raniłam. Tego dnia po raz pierwszy pojęłam sercem, jak ważna jest szczerość relacji człowieka z Bogiem. Nie wystarczy wyznawać Bogu ustami pięknych słów i deklaracji, ale przede wszystkim modlić się sercem, zastanawiać się głębiej nad treścią wypowiadanych słów i potwierdzać więź z Bogiem swoją postawą życiową.

W taki oto sposób Pan Bóg przyszedł mi z pomocą i uwolnił od zła, które wówczas tak bardzo mnie gnębiło. To było tak, jakby przeciął więzy, które mnie dotąd krępowały i zerwał „kajdany” zniewolenia. Zwrócił mi wolność oraz sprawił, że czułam się zdrowa jak niegdyś. Czułam jakby bezpośrednio do mnie kierował słowa ze starotestamentowej Księgi Nahuma (1,13): „Otóż teraz złamię (…) jarzmo, które ciąży na tobie, i rozerwę jego więzy”.

***

Uwolnienie ze zniewolenia lękami było kolejnym cudem w procesie dochodzenia do zdrowia. Doświadczyłam, że jedynie Jezus Chrystus ma moc uwolnienia i wybawienia człowieka ode Złego. Jedynym antidotum na uleczenie naszych chorych dusz jest całkowite zawierzenie Jezusowi Chrystusowi i oddanie Mu swojego życia jako Panu i Królowi. Jeśli ktoś chce być całkowicie zdrowy, żyć w wolności od lęków i zniewoleń, doznać uzdrowienia duszy i ciała, to nie ma innej drogi poza Chrystusem. On jest najlepszym Lekarzem, w Nim jest bowiem pełnia zdrowia i życia! Pełne uzdrowienie człowieka jest jedynie w mocy Jezusa Chrystusa!